Los jest czasem najlepszym terapeutą

Pamiętam jak w dzieciństwie  lubiłam ratować z opresji ślimaki. Przenosiłam je ze środka ruchliwej drogi na pobocze, na które biedak powoli zmierzał, by ocalić je przed prawdopodobnie śmiercią pod kołami samochodu. Czy im na pewno wtedy pomogłam? Nie jestem pewna, a może on zdezorientowany i wkurzony, że mu się mieszam w jego życie zawrócił i dopiero wtedy znalazł się w niewłaściwym miejscu i czasie?

Wiele lat później przed przysłowiowym „nieszczęściem” chciałam ratować ludzi. Zachwycona zdobywaną i praktykowaną wiedzą, mądrością moich mistrzów, od których pobierałam nauki, chciałam przekonywać innych do zmian w życiu, do większej troski o siebie, szczególnie o zdrowie, zwłaszcza kiedy widziałam, że ewidentnie sobie szkodzą. Ileż to wspaniałych rad i wskazówek  chciałam im udzielać, jak się odżywiać, jak leczyć w naturalny sposób, co robić, a czego nie, co pomaga, a co szkodzi. Taka ze mnie była ciocia „dobra rada.” Miałam naprawdę dobre intencje i byłam przekonana, że wiem co dla nich będzie najlepsze, jaką drogą powinni kroczyć, jak postępować i jakich wyborów dokonywać.

Wiecie pewnie z doświadczenia jak to działa, często odwrotnie do zamierzonego celu, im bardziej chciałam pomóc, z tym większym oporem się spotykałam oraz negacją i krytyką tego co głosiłam. Zaczęłam się więc powoli wycofywać z udzielania tych rad. Zrozumiałam wtedy, że mi po prostu nie wolno, nie wolno wtrącać się w czyjeś życie, jeśli o to nie prosi, nie prosi o wskazówki, porady czy jakąkolwiek inną pomoc. Bywało to dla mnie trudne, szczególnie kiedy widziałam autodestrukcję wielu moich znajomych i bliskich. 

Dziś już tego nie robię, nawet jak widzę, że ktoś zmierza prosto w przepaść, nie proszona o radę nie udzielam jej. Zrozumiałam też, że każdy z nas ma swój los, swoją drogę do przejścia i musi ją odbyć samodzielnie, a jeśli będzie potrzebował pomocy i będzie gotowy na zmiany to z pewnością ją znajdzie.

Z własnego doświadczenia, ale i z obserwacji wielu osób wiem, że…


…ten los jest czasem najlepszym terapeutą.

Wyjście z ciężkiej choroby czy uniknięcie wypadku, jest często jak dar drugiego życia, jak ponowne narodzenie,  jest wielkim przełomem w życiu człowieka i tym właściwym momentem, w którym zaczynają się różne zmiany. Zmieniają się priorytety, uzyskuje się inne spojrzenie na świat, nastawienie do różnych kwestii nabiera pozytywnego wydźwięku. Życie jednym słowem nabiera nowego smaku, staje się bardziej kolorowe,  inne wartości wysuwają się na pierwszy plan. To co kiedyś miało znaczenie w nowej rzeczywistości kompletnie przestaje. Zaczynamy doceniać zdrowie jako najważniejszą wartość, cieszymy się z obecności swoich bliskich, a każdy kolejny dzień życia postrzegamy jako wielki dar.

To właśnie upadki, choć czasem bardzo bolesne, są najlepszą szkołą życia i najlepszym lekarzem czy terapeutą, pod warunkiem, że potrafimy odrabiać zadane przez nie lekcje. 

Choroby nie są ani złośliwością losu, przypadkiem czy karą Bożą, one nie są wpisane w nasze życie i życzeniem Boga wcale nie jest abyśmy cierpieli męczarnie. Choroba jest najczęściej jedynie cenną informacją, którą ciało wysyła nam po to, byśmy ją odczytali i właściwie zinterpretowali.

Rzadko jednak patrzymy z takiej perspektywy, najczęściej chorobę traktujemy jak wroga, co sprawia, że nasze ciało staje się dla nas wrogiem, a my zaczynamy staczać wielkie boje używając broni różnego kalibru. Jakie przesłanie płynie dla nas z tych trudnych sytuacji?

Najczęściej chodzi o to, byśmy zmienili kierunek i drogę, którą kroczymy, gdyż ta obecna po prostu nam już nie służy, a czasem wręcz szkodzi. Być może nasze dotychczasowe wybory w kwestii odżywiania, może pracy zawodowej, relacji partnerskiej i w wielu innych obszarach naszego życia nie były najlepsze dla naszego zdrowia, poczucia szczęścia i spełnienia? Może zaprowadziły nas w ślepy zaułek, a ciało nas tylko o tym boleśnie poinformowało?

Choroba wysyła nam sygnał by zwolnić, a czasem wręcz zatrzymać się w tym codziennym życiowym biegu. Dzisiaj łatwiej mi o tym mówić, jednak jeszcze 10 lat temu sama byłam uczestnikiem tej ciągłej gonitwy i pośpiechu. Czas uciekał i miałam poczucie, że wiecznie go było za mało. 

W tym ciągłym biegu bardzo łatwo zgubić radość życia, trudno dostrzec naprawdę ważne rzeczy i cieszyć się drobnostkami. Zaniedbuje się zdrowie, relacje z najbliższymi i przyjaciółmi, a rzeczy naprawdę ważne odkłada na „kiedyś”, które często nigdy nie nadchodzi.

Jesteśmy programowani od dzieciństwa na osiąganie sukcesów, zdobywanie bogactwa, wielką karierę i stawanie się najlepszymi z najlepszych. Życie jednak weryfikuje, nie każdemu udaje się zrealizować założone cele, spełnić marzenia, osiągnąć obiecany przez guru sukces i wielkie bogactwo. Powstaje niedosyt prowadzący do ogromnej frustracji, braku spełnienia i w konsekwencji najczęściej do poważnego uszczerbku na zdrowiu. Często z wiekiem okazuje się, że przez większość życia to nie swoje, a innych marzenia i oczekiwania spełnialiśmy.

Brak spełnienia w życiu jest też źródłem wielu negatywnych emocji, które często kumulowane i nie wyrażane w żaden sposób, prowadzą do wielu dolegliwości i poważnych chorób. Gniew może uszkodzić serce, smutek płuca, a złość wątrobę. Te emocje tworzą też naszą aurę, która jest jak magnes przyciągający nieprzyjemne sytuacje do naszego życia. One też są dla nas lekcją do odrobienia. Powinniśmy uczciwie zadać sobie pytanie o to jaki jest nasz osobisty wkład w dane wydarzenie czy zachowanie innych osób w stosunku do nas. Jakimi swoimi myślami i zachowaniem sprowokowaliśmy sytuację. Bardzo często świat zewnętrzny jest jedynie odbiciem naszego wnętrza, lustrem, które szczerze pokazuje również naszą ciemną, nie lubianą i nie akceptowaną stronę. Walerij Sinielnikow w książce „Tajemnice podświadomości” słusznie zauważa, że sami te sytuacje sobie tworzymy i że są one podświadomą prawidłowością. Bardzo często ich przyczyną są właśnie silnie skumulowane emocje,  takie jak poczucie winy, gniew, nienawiść, rozdrażnienie czy poczucie urazy wobec kogoś lub czegoś.

Los może doświadczać nas różnymi wypadkami, urazami, skaleczeniami czy złamaniami, które często są efektem naszej „nieobecności” w chwili, w której się one zdarzają. Zamyśleni i zafrasowani codziennymi problemami, naładowani negatywną energią, tracimy kontakt z tu i teraz i nie potrafimy dostrzec czyhającego niebezpieczeństwa. Spokój i wewnętrzna harmonia pozwala na świadome życie i obserwację otaczającego nas świata, dostrzeganie znacznie więcej.

Nie czekajmy aż życie będzie nas wybijać z codziennego rytmu nieprzyjemnymi wydarzeniami, żyjmy tak by nie miało do tego powodu. Wystarczy zwolnić, uśmiechnąć się do spotkanej przypadkowo osoby, sprawiać innym radość, dostrzec otaczający nas świat i piękną naturę. 

Przebywanie na świeżym powietrzu, uprawianie jakiejkolwiek aktywności, znalezienie pasji, której poświęcimy nie tylko swój czas, ale i serce, odpowiednia dieta, przebywanie z innymi ludźmi, to są rzeczy, które tak naprawdę gwarantują zdrowie i poczucie szczęścia. 

Napełniajmy nasze serca miłością i radością, a nasza aura emanująca wysokimi wibracjami przyciągnie pięknych ludzi i piękne wydarzenia do naszego życia.

Los potrafi być naprawdę bardzo łaskawy, a życie niezmiernie fascynujące, warto je więc przeżywać świadomie, darzyć ogromnym szacunkiem i być za nie wdzięcznym, czego z całego serca życzę.


Leave a Reply